Centrum im. Ludwika Zamenhofa
Mediateka CLZ
Kontrast:brightness_6
Czcionka: A A+ A++
Język: plen

Wspomnienia pani Olimpii Dąbrowskiej

Swoimi niezwykle ciekawymi i refleksyjnymi wspomnieniami podzieliła się z nami urodzona w 1926 roku w Dobrzyniewie Fabrycznym pani Olimpia Helena Dąbrowska. Jej rodzice prowadzili gospodarstwo oraz sklep spożywczy. Do szkoły uczęszczała najpierw w Nowym Aleksandrowie, następnie w Białymstoku. Wojnę spędziła w Dobrzyniewie, gdzie w 1944 roku wzięła ślub. Po wojnie mieszkała w Morusach, wspólnie z mężem prowadziła tam gospodarstwo rolne. W latach 70. wyjechała do Stanów Zjednoczonych. W drugiej połowie lat 80. wróciła do Białegostoku, gdzie mieszka do dzisiaj.

Poniżej krótki fragment ze wspomnień pani Olimpii o Publicznej szkole powszechnej nr 4 w Białymstoku.

„Poszłam do szkoły jak miałam sześć lat, bo moje koleżanki o rok starsze to chodziły od siedmiu, a ja musiałam przecież być taka sama mądra jak one. I tatuś mój poszedł do szkoły i zapisał mnie w sześć lat. Dopóki byłam tutaj w Nowym Aleksandrowie, to było trzy lub cztery lata, to w domach były klasy wynajmowane. Potem jak już budowana była szkoła to ja już byłam w Białymstoku, bo tatuś chciał, żebym ja wykształciła się trochę. I ja też chciałam bardzo. No i zapisał mnie tutaj do szkoły. Teraz poziom nauczania jest w mieście i na wsi taki sam, ale wtedy ja odczuwałam, że w mieście, że troszeczkę już miałam trudności.
Pamiętam panią Serwatkową, uczyła nas matematyki i fizyki. Pani Żołędziewska była kierowniczką szkoły. Personel nauczycielski był bardzo dobry. Pani Serwatkowa jeszcze prowadziła koło teatralne, a ja musiałam być w tym kole, bo chciało mi się być aktorką. Miałam pamięć… ale taką może krótką, bo bardzo łatwo się uczyłam, łatwo przychodziło mi zapamiętać. Tylko już za jakiś czas to ja to jeszcze potrzebowałam przypomnieć sobie. Uważałam, że ja mam trochę krótszą pamięć jak wszyscy. Najbardziej pamiętam jak graliśmy Kopciuszka. Ja grałam starszą siostrę. I u pani Serwatkowej szyłam rozmaite kostiumy. Nie było wtedy materiałów albo były drogie, więc nas nie było stać na rozmaite rzeczy. To taka była bibułka karbowana i z niej suknie mieliśmy w falbany. Bardzo ładnie to wyszło.
(…)
Chodziły u nas i prawosławne, i żydówki i żyliśmy z każdym bardzo dobrze. Bardzo jedne drugich szanowaliśmy. Jedna żydówka zostawała się na religię. U nas ksiądz miał religię i zawsze mówił, że jak ktoś nie chce być na religii to proszę bardzo może się zostawać, a może iść. A ona zawsze była najbiedniejsza, taka malutka, chudziutka. Ja kupowałam dla niej zawsze bułkę za dziesięć groszy, bo ona była z biedniejszej rodziny, a u nas była taka w szkole taka organizacja, żeby pomagać tym biedniejszym. Kawa była, bułeczki były. A mnie szkoda jej było i mnie było stać. Takie były słodkie bułeczki i dookoła było ciasto, a w środku był ser albo marmolada. I ona zostawała się i raz mówi: „Proszę księdza czy ja mogę przynieść książkę bo my to samo się uczymy co ksiądz tutaj mówi. O tym samym. Dlaczego tak jest?” No i przyniosła tą książkę, i czytała nam i pyta dlaczego tak jest, żeby ksiądz jej wytłumaczył, że wy o tym samym mówcie, a to jest inna wiara, a to jest inna wiara. Dlaczego? Nie pamiętam już jak jej ksiądz wytłumaczył W każdym razie ona zawsze zostawała. Nie było różnicy, że to żydówka. Była sympatyczna, maleńka… fajna dziewczyna.”